Zobacz możliwości portalu TurboRebels

Zobacz sesje zdjęciowe, kalendarz imprez, i wiele więcej.
Zaloguj się, włącz tablicę i wyłącz ten komunikat ;)

Turbo
11
7 komentarzy

Felieton o kupowaniu "nowego" samochodu

Marzy się Wam wielka przygoda pełna nieoczekiwanych zwrotów akcji, dalekich podróży i niesamowitych doznań? Przygoda przepełniona ryzykiem, emocjami i iście szpiegowskimi konspiracjami? Przygoda, w której w grę wchodzą duże pieniądze, niekoniecznie piękne kobiety i stawianie wszystkiego na jedną kartę?

Nic prostszego!

Wystarczy, że spróbujecie kupić sobie używany samochód.

Tak naprawdę kupno używanego samochodu to nie lada wyzwanie. Przede wszystkim z reguły jest tak, że te najbardziej atrakcyjne i błyszczące okazy z allegro jakimś dziwnym trafem pochodzą zawsze z niewielkiej osady położonej gdzieś w samym środku puszczy Białowieskiej, albo w jakiejś polskiej zamorskiej kolonii leżącej hen hen daleko za Sochaczewem.

Czasami odnoszę wrażenie, że łatwiej dojechać samochodem na Sri Lankę niż obejrzeć jakieś Megane w Kołbodupcu Nadbobrzańskim.

Wybierając się na oględziny wypada więc zabrać ze sobą zapas paliwa, prowiantu i wody pitnej. I mapy. Istnieją bowiem niezbadane obszary kraju, gdzie nawet kreatywne mapy Apple nie są w stanie wyświetlić niczego poza jakimś nieistniejącym jeziorem albo stacją benzynową, która ma najwyraźniej kamuflaż lepszy niż Irańskie obiekty wojskowe.

Kolejnym problemem, który pojawia się zawsze podczas poszukiwań wymarzonego samochodu jest to, iż praktycznie każda rozmowa potencjalnego klienta z potencjalnym sprzedawcą przypomina swą formą dialogi z klasycznych skeczy Monty Pythona. To po prostu jedna wielka abstrakcja – i nie chodzi tu tylko o to, że sprzedający praktycznie zawsze podkolorowuje rzeczywistość w stopniu, przy którym spoty wyborcze Prawa i Sprawiedliwości można by uznać za program dokumentalny.

Sprzedający udzielają idiotycznych odpowiedzi, bo my zadajemy im idiotyczne pytania.

No bo umówmy się – kto normalny, pragnąc sprzedać samochód przyzna się w rozmowie telefonicznej do tego, że ten cudny Passat za jedną piątą ceny rynkowej to tak naprawdę wcale nie Passat, tylko wyprowadzone kielnią dwa Golfy, których po zderzeniu na Niemieckiej autostradzie pomimo usilnych starań szwagra nie udało się od siebie oddzielić. Wyobrażacie sobie jak ktoś dzwoni i pyta czy on aby przypadkiem nie był bity, a gość po drugiej stronie udziela mu w pełni szczerej odpowiedzi?

„Paaaaanie! Jak szwagier go na lawecie przywiózł to był tak rozjebany, żeśmy na początku nie wiedzieli z której strony mamy mu cały ten odpadnięty silnik przykręcić…”

Oczywiście istnieje grupa kupujących, która na oględziny zabiera ze sobą miernik grubości lakieru oraz czterech ekspertów wychwytujących w mig wszelkie nierówności w spasowaniu uchwytu na kubek oraz gumowego dywanika pasażera. Prawda jednak jest taka, że nawet jeśli miernik nie będzie wskazywał grubości w metrach, a dywanik pasażera będzie zamontowany wyjątkowo prosto to ów człowiek i tak żadnego samochodu nie kupi.

Każdy będzie dla niego zbyt podejrzany i przerażająco niepewny, bo oczekiwania jakie ma w stosunku na nowego, wymarzonego nabytku są po prostu abstrakcyjne.

Absurdalne.

To tak jakby siedzieli na castingu na Miss Universe i narzekali, że ta to ma dziwny mały paluszek u stopy, a tamta na pewno za parę lat się roztyje albo ucieknie z jakimś instruktorem fitnessu o imieniu Marco.

Znam paru ludzi, którzy od pięciu lat zmieniają samochód i w poszukiwaniu tego Świętego Graala pokonali już tyle kilometrów, że znają po imieniu absolutnie wszystkie dziewczyny pracujące na stacjach paliw sieci Lotos.

„Pod Kołobrzegiem jest taka fajna Patrycja co w tym roku będzie próbowała dostać się na medycynę – gadałem z nią ostatnio jak byłem to Mondeo pod Stargardem oglądać”.

Tak naprawdę rozmowa telefoniczna ze sprzedającym powinna moim zdaniem ograniczać się tylko do tego czy samochód nadal jest na sprzedaż i czy mocno uogólniając jego cena jest rzeczywiście adekwatna do stanu. Jeśli ktoś dzwoni do sprzedawcy i pyta czy ta Astra za połowę ceny rynkowej nie ma przypadkiem jakichś rys na nadwoziu to albo jest nienormalny, albo zwyczajnie popierdolony. Albo jedno i drugie.

To samo dotyczy pytań o oryginalność przebiegu, wypadkową przeszłość czy średnie spalanie.

No bo wyjaśnijcie mi – jakim trzeba być dzięciołem, żeby zadzwonić do kogoś w sprawie ogłoszenia i zadać pytanie czy to dwudziestoletnie BMW, które za swego życia prawie czterokrotnie okrążyło planetę mało pali?

Tak naprawdę kupno używanego samochodu to loteria. Totolotek z dość wysoko umieszczonym progiem wejścia. Można próbować analizować różne systemy, albo poprosić o radę szwagra, który kiedyś trafił trójkę (golfa jeśli chodzi o ścisłość) ale tak naprawdę element nieprzewidywalności zawsze jest bardzo duży.

Mądrym rozwiązaniem jest zaproponowanie sprzedającemu wspólnej wizyty na stacji kontroli – niestety, w większości wypadków sprawdza się to tylko gdy myślimy o kupnie starszych samochodów. W nowszych (więc analogicznie więcej wartych) egzemplarzach naprawy powypadkowe są lepiej maskowane, bo mówiąc krótko koszt tego zabiegu zwyczajnie się zwróci. To samo tyczy się ukrywania niedociągnięć i usterek za pomocą elektroniki.

W starym BMW to nie przejdzie.

Po wypadku nikt nie wyprowadzi idealnie podłużnic w samochodzie wartym w porywach kilka tysięcy złotych bo zwyczajnie się to nie opłaca. To samo tyczy się napraw lakierniczych czy uszkodzonej mechaniki.

Jeśli ktoś sprzedaje BMW E36 za trzy tysiące złotych to najprawdopodobniej jest to spowodowane tym, że wygląda ono i jeździ jak BMW E36 za trzy tysiące złotych.

Czyli mówiąc w dużym uproszczeniu źle.

Bardzo, bardzo źle…

A co z książkowym już „samochodem od kobiety” i „samochodem od dziadka”? Jak dla mnie umieszczenie w ogłoszeniu takiej informacji to klasyczny samopostrzał. W mojej okolicy mieszka kilka starszych osób, z których większość posiada samochody ze znaczkiem Fiata, albo Volkswagena (ta druga grupa to Ci co mają branie na dancingach). O stylu ich jazdy można powiedzieć naprawdę bardzo wiele.

Na przykład „boże – miej w opiece tych, którzy kiedykolwiek znajdą się na ich drodze”. Albo „błagam, puść w końcu to sprzęgło!!!”

Z bólem serca muszę powiedzieć, że niestety, ale określenie „samochód od kobiety” wcale nie wypada lepiej. Bo widzicie, kobiety z reguły posiadają lepiej rozwiniętą orientację przestrzenną czy zdolności motoryczne niż ma to miejsce w wypadku emerytów i osób starszych. Czasami zdarzy im się przywalić w jakiś słupek albo odrzeć coś na parkingu ale w większości wypadków jeżdżą one naprawdę dobrze. Problemem jest jednak ich szeroko zakrojona ignorancja związana z eksploatacją samochodu. Kobiety posiadają wrodzone mechanizmy nakazujące im ignorowanie wszelkich możliwych kontrolek i niepokojących dźwięków.

Jeśli ich dziecko cichutko zakaszle siedząc w innym pokoju, kobiecie od razu włączy się sonar i system ostrzegawczy, ale kiedy silnik w jej samochodzie zacznie brzmieć jak pralka, do której ktoś wrzucił właśnie łopatę żwiru, a spod maski zaczną wydobywać się kłęby dymu – nie wyda się jej to ani odrobinę podejrzane..

To samo tyczy się kontrolek – jeśli na tablicy wskaźników coś świeci się albo mruga na czerwono, a do tego nie posiada napisu SALE, albo NOWA KOLEKCJA to pewnym jest, że żadna normalna kobieta nie zwróci na to najmniejszej uwagi.

Tym samym coś takiego jak okresowa wymiana oleju bądź rozrządu w wypadku kobiet nabiera zupełnie nowego wymiaru.

Wyrażanie terminów przeglądów okresowych w kilometrach zakrawa tu na żart. Lata świetlne to coś co producenci powinni wpisywać w dokumentację jeśli właściciel posiada cycki.

Jeśli jakieś należące do kobiety Twingo dotrze na zmianę oleju zanim silnik zacznie brzmieć jak wiertarka udarowa to należy uznać to za wydarzenie równie niecodzienne jak porwanie przez UFO.

To się po prostu nie zdarza.

Jak więc można wyjść z tej przygody obronną ręką? Jak pokonać góry, lasy, rzeki, doły, jak pokonać hochsztaplerów i krętaczy i zdobyć używany wóz, który posiada tylko jedną płytę podłogową i silnik, który nie rozpadnie się na atomy po mocniejszym dodaniu gazu?

Ja zawsze kupuję tanie samochody wymagające remontu, bo dzięki temu wszystkie naprawy mogę wykonać we własnym zakresie – to daje mi pewność, że poszczególne podzespoły są naprawione porządnie i posłużą mi przez dłuższy czas. W ogólnym rozrachunku wychodzi to nieco drożej niż próba kupna zdrowego, zadbanego egzemplarza ale ma jednak jedną, niedocenianą przez większość społeczeństwa zaletę.

Daje możliwość, by mężczyzna swój wymarzony samochód zbudował, a nie po prostu kupił.

Z pozoru efekt końcowy jest ten sam, ale droga do niego różni się równie bardzo jak seks od oglądania porno w internecie.

Komentarze (7)

Joachim Rodzik
15.08.2017
20:51

Joachim Rodzik napisał

Uwielbiam gdy sprzedający postanawiają spotkać się wieczorem ( w domyśle - e, może nie zauważy tego przytarcia jak będzie ciemno). Uwierzcie mi, naprawdę ciężko jest znaleźć uczciwego sprzedawcę w tej Polszy. Albo to ja trafiałem jak kulą w płot, a trochę tych spotkań za sobą mam.

Daniel Łukowicz
8.07.2017
16:34

Daniel Łukowicz napisał

Niestety próba kupienia używanego auta w kraju Januszy i cwaniaczków to niezwykle ciężkie zajęcie. Często opadają ręce z bezsilności i człowiek zaczyna rozważać zakup nowej salonowej popierdółki dla działkowicza.

Piotr Zalewski
27.06.2017
11:08

Piotr Zalewski napisał

Ech, z motocyklami wcale nie jest lepiej...

Prentki-BLOG.pl
19.06.2017
08:53

Prentki-BLOG.pl napisał

@Aleksander - to odrzucanie ofert to dobry pomysł, ale niestety prawda jest taka, że śmierdzieć trupem potrafią egzemplarze w całym spektrum cenowym ;) A najgorsze jest właśnie jak upatrzysz sobie coś z górnych widełek, gość zapewnia Cię, że wszystko jest cacy i w ogóle pięknie, więc ciśniesz 400km w jedną stronę, żeby na miejscu zastać jakieś wysmarowane plakiem gówno z rozregulowanym LPG :) 

Adam Wojnarowicz
16.06.2017
10:48

Adam Wojnarowicz napisał

Kupowanie używanego samochodu to hazard, a sposobów na to, aby nie zostać okiwanym przez nieuczciwego sprzedawcę jest całe mnóstwo. Szkoda tylko, że w ogóle te sposoby są potrzebne.

Alexander Zarębski
14.06.2017
15:48

Alexander Zarębski napisał

Tekst fenomenalny, jak zwykle zresztą, jednak wydaje mi się, ze pominąłeś jeden istotny fakt. Czasem kupujący musi pokonać 400 km w jedną stronę by dokonać oględzin wymarzonego auta. Wszystko jest okej, jeśli stan faktyczny jako tako zgadza się z opisem i zdjęciami. Jednak można się wkurwić, gdy jedziesz pół dnia a na miejscu gablota się sypie w rękach. Oczywiście nie mówię tutaj o najtańszych okazjach a autach w normalnych cenach. Dlatego właśnie dzwonimy do sprzedającego, żeby wybadać czy w ogóle warto się fatygować. Kiedyś słyszałem, ze w Norwegii publiczne przetargi są organizowane w ten sposób, że najdroższa i najtańsza z ofert, jest odrzucana na starcie - w ogóle nie są brane pod uwagę. Polecam wszystkim też tak robić z autami :)

Krzysztof Kowalski
14.06.2017
14:54

Krzysztof Kowalski napisał

Najgorzej jak ktoś tej smykałki do techniki nie ma i po prostu chce kupić dobry samochód. Czasami okazuje się, że nawet te najrozsądniejsze ogłoszenia, gdzie cena jest adekwatna do oferowanego pojazdu to takie przekręty, że się słabo robi.

POZOSTAŁE KOMENTARZE (7)