Zobacz możliwości portalu TurboRebels

Zobacz sesje zdjęciowe, kalendarz imprez, i wiele więcej.
Zaloguj się, włącz tablicę i wyłącz ten komunikat ;)

Samochody elektryczne jeszcze na dobre nie zadomowiły się na naszych ulicach, a już rozpoczynają się podchody by je czymś zastąpić. Zdrowy rozsądek nakazuje mi jednak powiedzieć nie „już”, a… DOPIERO?!?!

Jeśli czasem wpadacie na tą stronę, to wiecie, że fanem motoryzacji elektrycznej raczej nie jestem. Trąbię o tym już od dawna. Dobra, to może doprecyzuję, żeby nie było. Nie mam nic do samochodów elektrycznych. Fajny jest moment dostępny właściwie od zera, fajna jest ta cisza, fajne są jako ciekawostka lub lokalny środek transportu np. po mieście. Stanowczo sprzeciwiam się natomiast uszczęśliwianiem nas elektryfikacją „na siłę”, nakazem jazdy elektrykami niemal z mocy prawa, czy próbowaniem tego usprawiedliwić wieloma durnymi argumentami, choćby ekologią.

Zielono miiiiiii

No dobra, rozprawmy się z tą ekologią raz na zawsze. Zaczynając od początku: cały wywód o ekologii pojazdów elektrycznych opiera się o tylko jeden typ emisji, konkretnie o emisję CO2, czyli dwutlenku węgla. Tylko i wyłącznie o to. Jest to oczywiście bardzo ważny aspekt walki z globalnym ociepleniem i myślę, że każdy z nas chce dbać o planetę będącą naszym domem, bo innego po prostu nie mamy. Warto jednak nadać tej informacji kontekst nieco szerszy niż puste hasło marketingowe. Popatrzmy więc na dane. W Europie transport odpowiada za około 21% całej emisji CO2 (dane), z kolei 72% emisji całego transportu, to te generowane przez transport drogowy (dane). Czyli stąd wynika, że 15% emisji CO2 w takiej Unii Europejskiej, to „wina” samochodów. W dużym skrócie oczywiście. Jest to wciąż spora część, ale już nie tak kolosalna. To zaś każe zacząć się zastanawiać, czy przypadkiem w innych sektorach – jak przemysł, czy energetyka, które odpowiadają za większą część emisji CO2, nie da się łatwiej ugrać dużego zmniejszenia ilości emitowanego dwutlenku, ale przy mniejszej rewolucji prawnej, politycznej, organizacyjnej i cywilizacyjnej?

Prawda jest taka, że obecnie samochody elektryczne wcale z założenia nie emitują mniej CO2 do środowiska (dane). Dlaczego? Ano dlatego, że przede wszystkim sama ich produkcja to już większa emisja. Także środowiskowe benefity z jazdy pojazdem elektrycznym są odczuwalne dopiero gdy założymy jego cały cykl życia. Jednak i tu jest „ale”. Wszystko zależy bowiem od tego w jaki sposób produkowana jest energia dla tego pojazdu i jeśli pochodzi np. z elektrowni węglowych no to… pupa. Auto jest zdecydowanie gorsze dla środowiska niż benzyniaki. Innymi słowy używając auta elektrycznego w takich Stanach Zjednoczonych lub Polsce szkodzicie środowisku bardziej niż wsiadając do np. nowej Toyoty Supry. No chyba, że elektryka ładujecie wyłącznie ze swoich paneli, to chapeau bas. Potem dochodzą kolejne sprawy, jak problem recyklingu baterii, dostępność litu na świecie, którego dla całej motoryzacji elektrycznej może po prostu całkiem szybko zabraknąć i inne.

Fakty istotne i fakty nieistotne

Co mnie nieco bawi, to fakt, że oficjele w raportach powyższe argumenty zbywają prostymi „technologia recyklingu baterii stale się rozwija” itp. itd. Ciekawe dlaczego nikt nie mówi o rozwoju technologii produkcji silników spalinowych? To takie może nie kłamanie, ale przedstawianie wybranej grupy faktów, by mocniej poprzeć swoją tezę. Nie lubię tego.

Szczególnie, że nie widziałem jeszcze raportu uwzględniającego jak gigantyczne środki będą potrzebne i jak ogromne emisje gazów cieplarnianych wytworzy stworzenie ogromnej infrastruktury do umożliwienia ładowania auta dla każdego obywatela. Ktoś się nad tym zastanawiał? Produkcja kabli, kopanie dieslowskimi koparkami, przebudowy stacji paliw, obciążenie sieci energetycznej. Przebudowy domów i budynków. To jest naprawdę GIGANTYCZNA sprawa by motoryzacja elektryczna mogła na skalę globalną zastąpić tą spalinową.

Jakby tego wszystkiego było mało to jest multum innych pytań: co z innymi rodzajami zanieczyszczeń? Pył z hamulców wciąż zostaje, a to on przyczynia się np. do smogu w naszych miastach, choć i tak w sposób znikomy w stosunku do tzw. niskiej emisji, czyli gospodarstw domowych. Kolejne pytanie to… owszem dbamy o planetę, ale my sami jej nie uratujemy. Co z tego, że zgnębimy motoryzację europejską, skoro UE emituje niecałe 10% całego światowego CO2, a same Chiny wywalają go do atmosfery 27%? Cała Azja 53%, a USA 15%? (dane). Wszyscy oni mają nawet jeśli nie głęboko, to sporo głębiej niż UE, temat ograniczenia emisji CO2, a już szczególnie w sektorze motoryzacji. Tak więc europejskie firmy otwierają się na tamte rynki i coraz więcej aut sprzedają właśnie tam, tutaj bawiąc się z kolei Melexami – bo muszą. Czy tym naprawdę ocalimy planetę?

Ładowanie najlepiej z powietrza

No i tu można płynnie przejść do kwestii praktycznej, bo ona jest główną kulą u nogi całego tego chybionego pomysłu. Po pierwsze niech ktoś mi wreszcie odpowie raz, zwięźle i logicznie, ktoś z tych wszystkich mądrych ludzi mamiących nas motoryzacją elektryczną – JAK, do cholery jasnej, wyobraża sobie ładowanie aut elektrycznych w typowym średnim bloku mieszkalnym z 90 mieszkaniami, przy czym każde ma tylko jeden samochód. Załóżmy, że jest to blok idealny i każdy ma swoje miejsce w garażu podziemnym, a na każdym miejscu jest gniazdko. Przyjmijmy też, że każdy ładuje auto zwykłą tanią ładowarką o mocy 2,3kW. Jeśli 90 osób wepnie nagle auta do ładowania, to pobów mocy takiego bloku wzrośnie o DWA MEGAWATY. Dwieście takich bloków w skali kraju, to moc jednego bloku energetycznego elektrowni Bełchatów. Zakładając, że ładowanie będzie trwało raptem 8 godzin, to ów blok energetyczny wyemituje 16 ton CO2. Choć nie – nigdy nie wyemituje, bo jeśli takie zdarzenie miałoby miejsce, to najpierw padłaby cała instalacja w bloku, a jeśli nie w bloku, to miejska.

To był układ idealny, który nigdy się nie zdarzy, bo przecież część aut będzie na ulicy. Także chętnie się dowiem, jak mam ładować swój samochód z 6. piętra. Nawet jeśli bym mógł (a na pewno się nie da, bo nawet wypuszczając przedłużacz z okna, byłby za duży spadek mocy na takim dystansie), to muszę być świadomy, że obciążam swoje gniazdko elektryczne mocą 2kW po osiem godzin dziennie, a to naprawdę grozi jego szybkim zużyciem i w konsekwencji możliwością tematów tak nieciekawych jak np. pożar. Zamiast tego wszystkiego można oczywiście stawiać wszędzie szybkie ładowarki i dojść np. do 5 minut ładowania do pełnego akumulatora. Brzmi rozsądnie, prawda? Tak, ale wcale takie nie jest. Moce takich ładowarek są ogromne, a to znów uderza w sieć. Po drugie takie prądy generują dużo ciepła, więc np. kable ładowarek trzeba chłodzić (to już się dzieje). Teraz zgadnijcie co jest jednym z największych odbiorców elektryczności już dziś, bez konieczności chłodzenia tysięcy stacji ładowania? Brawo – tak, jest to chłodnictwo. Kółko się zamyka.

Panie! Bo Pan wincyj nie poczebujesz!

A to dopiero początek problemów z praktycznością, bo jest i główny, wszystkim dobrze znany – zasięg. Nie wiem czy zauważyliście, ale od początku wejścia elektrycznej motoryzacji, wszelkie badania i analizy udowadniają nam, że przeciętnie pokonujemy ileś-tam kilometrów i elektryk nam zupełnie wystarczy. Ja to czytam tak – przeciętnie korzystasz ze światła 6 godzin dziennie, więc przez pozostałą część dnia możesz nie mieć prądu. No do cholery jasnej, nie róbcie z nas idiotów. Ja wiem, że marketingowcy muszą wymyślać argumenty by ktoś kupił pojazdy, które politycy nakazali im zbudować, ale naprawdę nie ma lepszych? To teraz zamiast próbować sprzedać klientowi produkt i przekonać, że go potrzebuje, będziecie przekonywali, że klient zupełnie nie potrzebuje akurat tego, czego wasz produkt nie jest w stanie zaoferować? Absurd!

Prawda jest taka, że ja tego potrzebuję. Potrzebuję móc zdecydować, że mam wolne popołudnie i w związku z tym robię sobię wypad nad jeziora 300 km dalej. Potrzebuję mieć środek transportu, gdzie jak żona zacznie rodzić, to wsiadam i jadę do szpitala, a nie proszę ją by poczekała, bo nie podładował się po powrocie z pracy. Auto ma zasięg tylko 200 kilometrów i to w lecie przy dobrych warunkach, bo marketingowiec mnie przekonał, że więcej nie potrzeba, także sorry młody – wracaj do brzucha i czekaj, bo 30 km zasięgu to jeszcze z godzinka ładowania. Dochodzi jeszcze kwestia spadku pojemności akumulatorów, a tu gwarancje opiewają np. na minimum 70% pojemności po 6 latach albo 160 tyś km. Innymi słowy zasięg waszego auta po 160 tyś. km spada o JEDNĄ TRZECIĄ.

---

Ponieważ na Turbo Rebels ruch i aktywność coraz mniejsza, naprawdę szczerze zapraszam do followania mojej strony na Facebooku i Twitterze, bo tam dzieje się jednak sporo więcej :) . No i oczywiście zapraszam do dyskusji, bo zawsze fajnie się komunikować z innymi maniakami motoryzacji!

---

Ciąg dalszy na 4 kółka i nie tylko...

Komentarze (2)

4 kółka i nie tylko
1.01.2021
22:35

4 kółka i nie tylko napisał

Bogdan >> Dziękuję ;) . Kasa jest nie w produkcji, a sprzedaży. Nowe firmy, teraz z sektora energetycznego, mogą sprzedawać prąd dużo drożej w ładowarkach, a koszt wytworzenia prądu jest sporo niższy niż wydobycia i rafinacji ropy. Także złoty interes.

No i jeszcze jedna rzecz - kasa zainwestowana w technologie musi się zwrócić. Nie wiem czy wiesz, ale panele LCD i plazmy wchodziły na rynek w tym samym momencie i ograniczenia obu były znane. Mimo to celowo promowano plazmę, znając jej marną przyszłość, a nie pokazywano dróg rozwoju LCD, żeby plazma się zwróciła, a potem nagle po 3-4 latach ogłoszono, że plazma jest do bani i opłaca się tylko LCD. Wystarczyło, że Ci co mieli zarobić, już zarobili.

Bogdan Piaskowski
28.12.2020
12:33

Bogdan Piaskowski napisał

No po prostu klaszczę! Cały Twój wpis dokładnie podziela moje zdanie, wraz z podejściem do aut napędzanych wodorem. Tyle, że w produkcji prądu jest jak widać większa kasa.

POZOSTAŁE KOMENTARZE (2)