Zauważyliście jak ogromną metamorfozę przeszły w ostatnich latach samochody adresowane do ludzi, którzy samochodami w zasadzie w ogóle się nie interesują? Wiecie – grupy osób, które pomimo, że spędzają za kierownicą przynajmniej kilka godzin tygodniowo, nie są w stanie stwierdzić, na którą oś jest napędzany ich samochód. I co to właściwie jest cały ten niutonometr.
Z resztą – zobaczcie sami. W latach 90-tych mieliśmy takiego chociażby Opla Astrę, który to był równie emocjonujący co tylna strona Waszego piekarnika.
Oprócz niego mieliśmy też Volkswagena Golfa czyli samochodowy odpowiednik śpiączki farmakologicznej oraz sprzedawanego na litry pojemności bagażnika Nissana Almerę. Co więcej – jeśli należeliście do grupy osób, które nie uprawiają seksu, a pod choinkę dają dzieciom skarpetki w paczkach po dziesięć sztuk, mogliście kupić sobie jeszcze między innymi Hyundaia Pony, Forda Mondeo albo Toyotę Corollę. Albo Skodę Felicję.
Lub Lanosa.
I całą masę innych drelichowych modeli.
Innymi słowy – mogliście wybierać spośród wielu totalnie nijakich aut, które były niczym więcej jak tylko lepiej bądź gorzej zaprojektowanymi i wykonanymi środkami transportu – bez doklejonej na siłę przez dział marketingu filozofii przesiąkniętej wizją latania motolotnią po górach Nowej Zelandii.
Zasadniczo te samochody wcale nie były jakoś szczególnie złe. Z drugiej strony, nie były też zbyt dobre – były po prostu przeciętne.
Taki samochód był jak średniego wzrostu brunet w średnim wieku pracujący w średniej wielkości firmie produkującej średniej jakości klej do tapet. Taki, co to w każdą niedzielę je rosół z makaronem i ogląda Familiadę. Były nudne i przewidywalne. Nie były też Alfami Romeo albo Lanciami dlatego nie zapewniały tego dreszczyku emocji towarzyszącego przekręcaniu kluczyka w stacyjce.
Zapali? Nie zapali? No zapal…
Proszę, proszę, proszę, proszę
NO ŻESZ PAL TY GŁUPI CHU%& NIEROBIE PIE&*%*!!!
O - zapalił
No normalnie kochane autko... <3
To może wydawać się denerwujące, ale jestem zdania, że takie sytuacje pozwalają przynajmniej zbudować z samochodem taką ludzką, pełną emocji relację. Więź. Dzięki nim traktujecie samochód jak zwariowaną na swój sposób kobietę miewającą swoje dni i kaprysy, a nie jak kuchenkę gazową, która po prostu stoi w kuchni i co niedziela podgrzewa Wam garnek z rosołem.
Tak samo od 10 lat.
Jeśli samochód czasem Was wkurwia to najprawdopodobniej ma już jakieś imię. Jeśli nie to nadal jest po prostu Skodą, Hondą albo innym Passatem.
Widzicie, w latach 90-tych takie szarobure, nijakie samochody stanowiły dość istotny element rynku bo większość ludzi szukających nowego samochodu miała gdzieś latanie motolotnią po Nowej Zelandii. Latanie motolotnią po Nowej Zelandii było głupie. Ludzie po prostu chcieli mieć nowy samochód – bezawaryjny nowy samochód wyglądający jak nowy samochód tak, żeby sąsiedzi nie pomylili go przypadkiem ze starym samochodem, którym jeździli do tej pory.
Dzisiaj jednak nowy samochód już nie wystarcza.
Żyjemy w czasach, w których w sklepie w centrum możecie kupić bezglutenową karmę dla swojego psa, w telewizji pokazują kobietę z wielkim tyłkiem, która zasłynęła tym, że jej mąż nie potrafi śpiewać, a akcje mające przeciwdziałać terroryzmowi polegają na malowaniu ulicy za pomocą kolorowej kredy i płakaniu.
Poza tym Wasi znajomi z fejsbuka robią przecież te wszystkie szalone i bardzo modne rzeczy – żeby więc nie wypaść przypadkiem z tej napędzanej gównem i hasztagami karuzeli spierdolenia, dziś nie można jeździć zwykłym samochodem jak jacyś ludzie, którzy nie robią zdjęć swojego jedzenia.
O nie.
Dzisiaj musicie mieć crossovera. Albo hot hatcha. Ewentualnie sportbacka, shooting brake’a albo przynajmniej pospolitego i oklepanego już poniekąd SUV-a.
SUV to takie społeczne, absolutne minimum.
Coś jak wakacje w Grecji i cztery kilometry na endomondo.
Widzicie, wszystko wskazuje na to, że dziś hatchbacki i pospolite sedany kupują tylko nieudacznicy albo ludzie, którzy nie potrafią zrobić salta na desce. Co więcej – niedawno słyszałem o gościu, który na kilkuletnią Lagunę zamontował bagażnik rowerowy tylko po to, żeby sąsiedzi myśleli, że prowadzi aktywny tryb życia.
Chyba nie było go stać na crossovera ale najlepsze i tak jest to, że gość nie ma nawet roweru.
Serio – ten Monty Python posunął się aż tak daleko.
Wracając jednak do tematu – dziś na rynku zostało naprawdę niewiele samochodów, które nie próbują wciągać Was w ten festiwal szaleństwa za pomocą lajfstalowych reklam i wielu przekolorowanych obietnic bez pokrycia. Dobrym przykładem jest to, że spośród wszystkich moich znajomych jeżdżących SUV-ami tylko jeden faktycznie próbował kiedyś wjechać swoim na szeroko rozumiane łono natury.
Wiem bo sam pomagałem go potem z tego łona wydostać.
Cała reszta nigdy nie opuściła nawet asfaltu, a jestem pewien, że wszyscy Ci ludzie podpisując umowę kredytową mieli przed oczami wizje pełne leśnych dróg, szemrzących strumyków, koszy piknikowych i rodzinnych przejażdżek na rowerze.
Póki co z listy opcji dostali tylko właściwości aerodynamiczne meblościanki i większe wydatki na benzynę.
Widzicie, ktoś kiedyś powiedział, że najgorsze co można zrobić, to za wzorzec wziąć sobie przeciętność. Dziś jednak przyszło nam żyć w tak popierdolonych czasach, że powoli zaczyna się ona robić oryginalna i niszowa…
Maserati MC20 w Katowicach


Dawid Karasek napisał:
Ciekawe kto wygra w tym sezonie...
Patryk Bojarski napisał:
Niesamowite zdjęcia!